26 lut 2015

Wakacje od wakacji na Wyspie Króliczej :)

[19-21.02.2015]

        Miało być tak spokojnie... Ale że był Nowy Rok, to tłumy zalegały na plaży w Kep i tłumy kierowały się na wyspę, gdzie zamierzałam wypocząć, zrelaksować się i nadrobić zaległości w blogu.






Nie ma to jak azjatyckie selfie :P




        Jeszcze w Kep spotkałam Vinny'ego (pełne imię Vinhsang), Wietnamczyka, który też wybierał się na Wyspę i który poinformował mnie, że tam - jak wszędzie indziej - z powodu świąt ceny mocno podskoczyły w górę i zamiast standardowych 5$ od bungalowu, żąda się obecnie 20$. Auć... Zaproponował też żebyśmy poszukali czegoś razem, to przynajmniej będzie taniej.
         Umówiliśmy się na spotkanie przy przystani na wyspie, ale okazało się, że bilety na przejazd kupiliśmy w tej samej agencji, więc znaleźliśmy się na jednej łodzi.
        Królicza Wyspa położona jest w odległości około 20 minut łodzią od Kep. Jest niewielka, a bungalowy znajdują się tylko przy głównej plaży - na pozostałej części wyspy jest jedynie jeszcze kilka rybackich chat. Nie ma elektryczności, brak jest wi-fi, jedynie wieczorem na kilka godzin odpalane są generatory prądu.





        Przewędrowaliśmy plażę wzdłuż, poszukując najlepszej opcji noclegowej, i ostatecznie wylądowaliśmy w bungalowie z łazienką za 12$ za noc, (więc nie tak źle) w zagłębiu francuskim :)) Miałam wrażenie, że w pozostałych bungalowach w tej części plaży znajdowali się wyłącznie przedstawiciele nacji żabojadów :P
        Wkrótce zalegliśmy na plaży, woda była cieplutka, słoneczko cudowne, wiało, więc nie było za gorąco i wreszcie można było się zrelaksować :) Nie jestem typem plażowicza, ale szczerze mówiąc ta intensywna podróż dała mi się we znaki, więc nieco lenistwa było właśnie tym, czego teraz najbardziej potrzebowałam.




        Vinny ma 35 lat i jest menadżerem chyba księgowości w jakiejś firmie. Jego rodzice, brat i dziewczyna mieszkają we Francji - on sam też spędził tam sporo czasu, ale w Wietnamie otrzymał bardzo dobrą pracę, więc podąża za karierą. Mieszka w Sajgonie, a teraz podróżuje z okazji Świąt Noworocznych (do Francji w odwiedziny nie pojechał, bo tam za zimno :P).
        Na kolację zamówiliśmy wspólnie dwa dania: kraby w sosie pieprzowym (z pieprzem z Kampot) oraz amok - narodowe danie khmerskie, tutaj w wersji z owocami morza. Mniam mniam :)



        Vinny powiedział mi także o pewnym fenomenie przyrodniczym, który tutaj występuje. Otóż w nocy, gdy nie ma światła, można zobaczyć w morzu świecący plankton. Chłopak twierdził, że wystarczy zanurzyć rękę, a ta będzie się po wyciągnięciu świecić. No, nie do końca tak to wyglądało, ale plankton faktycznie dał nam sporo radości :) Trzeba było oddalić się nieco od plaży, gdzie mieszając wodę czy to w niej pływając ma się po prostu wrażenie, że miesza się rękoma w gwiazdach na niebie. Świetna rzecz :) Jeszcze lepsze wrażenie było, gdy pływało się w okularach do pływania (w końcu się na coś przydały). Coś niesamowitego :) Gwiazdy nad głową i gwiazdy wokoło :)



        Następnego dnia Vinny jechał dalej do Kampot, ja natomiast zostałam tu jeszcze jeden dzień. W przypadku jednej osoby cena za bungalow spadła tu jedynie o 2$, więc poszłam jeszcze się zorientować jak to wygląda w innej części plaży, gdzie są bungalowy bez łazienki w środku.
        W miejscu, gdzie cena dzień wcześniej wynosiła 10$, teraz facet zakrzyknął 15$! Pytam go zaskoczona, skąd taki wzrost ceny, a ten z gębą roześmianą od ucha do ucha odpowiada:
- Happy New Year! Happy Cambodia!
Cóż... Skwitowałam to jedynie słowami:
- Happy Cambodia, unhappy wallet...
        Zostałam więc w tym samym bungalowie, co wcześniej - ale! W końcu jestem na wakacjach :D Mogę sobie pozwolić na te trochę luksusu :P





Jak się okazało nadal miałam jednego współlokatora... Pacnięty klapkiem chyba uciekł, bo ciała nie odnaleziono.


        Zjedliśmy z Vinnim jeszcze śniadanie - w takim miejscu śniadanko to czysta przyjemność, nawet jeśli przyniesiono nam nie to, co zamówiliśmy :P


          Pożegnałam się z sympatycznym Wietnamczykiem i poszłam na spacer dookoła wyspy. Całkiem niedaleko od głównej plaży są inne, dzikie i wyludnione przyjemne piaszczyste plaże :)






        Dookoła wyspy jest ścieżka, która czasem przebija się przez krzaki, a czasem idzie plażą. Całość zajęła mi może 2,5 godziny.





        Natknęłam się na kilka chałup rybackich, przy jednej z nich zrobiłam przerwę na wypicie wody kokosowej.





        Za chwilę przydreptała do mnie dziewczynka z olbrzymim kokosem. Pomogłam jej wdrapać się na ławkę i tak obie sączyłyśmy zdrowotny nektar :)



        Popołudnie ponownie spędziłam na leżaku :) O cudowne lenistwo...
        Wieczorem był przepiękny zachód słońca:








        Wszystko, co dobre... Następnego dnia rano trzeba było się zbierać, wracać na ląd i tułać się do stolicy Królestwa Kambodży, Phnom Penh...

2 komentarze:

  1. Ale Ci zazdroszczę tych wakacji.Dom

    OdpowiedzUsuń
  2. No co Ty Mamo (?) - przecież jedziesz do Jedlca... / G.

    OdpowiedzUsuń